Awatar

Odeszła od nas nad ranem 27.10.2021.

AWATAR - nasza Pierwsza Dama... Wniosła w nasze życie tyle nowego, tyle miłych chwil, tyle radości, odkrywania kociego świata... a dzisiaj smutek przepełnia serce. Przed oczyma stają obrazy - wspomnienia... :( Miała 14 może 15 lat.
Z nami żyła przez ponad 12.
Oczarowałaś nas, zaczarowałaś, a mnie pochłonęło bez reszty.I jestem Ci za to wdzięczna.
To dzięki Tobie, Awciu, tak pokochałam koty, Ty odeszłaś, ale na zawsze zostaniesz w moim sercu.
Do zobaczenia, Awatar - nasza Pierwsza Damo.

Awatar i jej historia

Część 1 - Nowy dom

Nie sposób ograniczyć się do anonsu o odejściu naszej pierwszej kotki, napisaniu kilku słów pożegnania, czuję w sercu, że to mało... Stąd myśl, by o niej napisać i pokazać jej życie, jaka była i jak ją pamiętamy.

Kiedy adoptowaliśmy AWATAR (wówczas Tosię) była nieprzyjazna wszelkiemu zwierzęciu. Zauważyłam to już w domu tymczasowym w Jeleśni. Zgodnie z umową adopcyjną, właśnie z tego powodu, Awatar miała być jedynym zwierzęciem w domu i ten warunek spełnialiśmy. To był nasz pierwszy kot, a mój pierwszy w życiu. Jednak po jakimś czasie nie dawało mi spokoju to, że kot może się tak zachowywać nawet na widok zabawki - pluszowego kota - cała zjeżona syczała na niego dosłownie jak kobra. Musieliśmy go schować. Kotka nie znosiła brania na ręce czy na kolana. Na rękach zawsze liczyliśmy sekundy - 7 i już było "puść mnie!", tak się wyszarpywała, że lepiej było ustąpić. Uwielbiała jednak głaskanie, oddawała się temu z lubością, ale musiała stać na podłodze. Tak przebierała z przejęcia przednimi łapkami, że aż wykładzina trzeszczała. Bawiło nas, bo wtedy czubek ogonka trząsł się jak u grzechotnika. Mijały miesiące, a mi po głowie chodziło, by jednak spóbować i dać jej towarzystwo. Są takie chwile, gdy człowiek wraca z pracy zmęczony, z zakupami w rękach, otwiera drzwi mieszkania, wita nas stęskniony kot, który dotychczas spał, i nie wystarczy mu krótkie pogłaskanie na przywitanie, bo przecież jesteśmy zmęczeni, a tu jeszcze trzeba się rozpakować, no i obiad gotować. Kot niepocieszony siada gdzieś w pobliżu wpatrzony, gotowy przyjść nawet na spojrzenie, by oddać się swojej przyjemności. I taka była Awatar. Zauważyłam, że wtedy siadała stale w jednym miejscu - miała taki punkt obserwacyjny na oparciu rogówki, i wydawała mi się smutna. Coraz częściej myślałam o podjęciu takiej próby, by miała się z kim pobawić, gdy my nie mamy na to czasu. Przywiozłam od teściów maleńką koteczkę, ale z zastrzeżeniem, że jeśli nie będzie możliwe jej zatrzymać, bo Awatar nie będzie jej tolerować, to oddam ją z powrotem. No i zaczęło się! Musieliśmy mieć oczy wszędzie. Mała miała niespełna 2 miesiace, była energiczna i wszędobylska, a Awcia krok w krok za nią i siadała tak, by mieć ją stale na oku. Siedząc, syczała jak kobra, ale jak mała się zbliżyła, to był atak. Szybko maluch zrozumiał, że trzeba od tego syczenia trzymać się z daleka. Obchodziła ją łukiem, a kiedy trzeba było nawiewała za kanapę, bo tam już za nią Awcia wpaść nie mogła. Po 3 dniach, kiedy Awcia wskoczyła za małą na głośnik i zbiła wazon, zaczęło być niebezpiecznie. Mąż powiedział do mnie, że trzeba małą odwieźć, bo to się staje niebezpieczne. Żal małej, że tak stale musi na Awatar uważać, ale ja widziałam, że szansa jest jednak właśnie w tej małej, bo często i ja chodziłam za nimi krok w krok, siadałam na podłodze i widziałam, że mała czuje się przy mnie pewniej, a Awatar hamowana przeze mnie nie "startuje" tak szybko. Odpowiedziałam mężowi, że dajmy jej tydzień, czyli jeszcze 4 dni. Jak się to nie zmieni, to trudno. Mała spała zawsze przytulona do mnie właściwie wtulona w szyję pod brodą. Nigdy tego nie zapomnę. Czuła się bezpieczna. Awcia miała swoje miejsce na koncu rogówki i spała wtulona pyszczkiem w misia - między jego łapkami. Żeby nie widziala małej, to stawiałam poduszkę tak pionowo, by mała miała spokój. 

Tak zawsze spała Awatar... Zawsze

Każdy następny dzień był podobny, choć częściej już Awcia nie siedziała jak ten strażnik, a kładła się i obserwowała małą już bez takich zrywów, choć nie pozwalała jej się do siebie przybliżać. Ja zaś starałam się, by częściej przebywały w bliskości. Przynosiłam małą i sadałam bliżej Awci. Mała się zawsze czymś zajmowała, prawie już nie zwracając uwagi na Awcię. Czasem było widać, że ma chęć do niej podejść. Musiałam pilnować, by był dystans, bo póki Awatar spokojna choć czujna, to i nadzieja, że się przyzwyczai, że ktoś się w pobliżu stale kręci. Było już widać, że Awatar mniej ją śledzi i mniej syczy. Dociągnęliśmy tak do soboty, w niedzielę był dzień zwycięstwa. Można powiedzieć, że Awatar skapitulowała - mała ją pokonała!

Jak już wspomniałam, mała spała wtulona w moją szyję - choćbym spała w golfie - było mi zawsze gorąco. Obudziłam się i szok! Nie ma małej! Zerwałam się z poduszki, by spojrzeć tam, gdzie śpi zawsze Awatar, i oniemiałam! - mała zaczepiała łapką Awcię, a ta nie reagowała. Odruchowo szukałam komórki, by zrobić fotkę, bo mi mąż nie uwierzy, i tak mi się ręka trzęsła z emocji, by ją szybko włączyć i uwiecznić to, co widzę, że zdjęcie jest niewyraźne, ale to jedyna pamiątka tej cudownej chwili (pierwsze zdjęcie w prezentowanych slajdach). Kamień z serca mi spadł, bo już pokochałam tę małą i ciężko mi by było ją oddać. Wypierałam tę myśl. Tego dnia mała dostała imię SHIWA. Potem już spały razem. Shiwa dosłownie albo w nią wtulona, albo na Awci plecach. Odetchnęłam z ulgą. Stały się przyjaciółkami, nocne zabawy, gonitwy... wszystko tak, jak powinno być. I tak naprawdę byłam dumna. Każdy następny kot w naszym domu już nigdy nie poznał "tamtej" Awci. Awcia tolerowała wszystkie, ale potrafiła pokazać, że jest tu Pierwszą Damą. Wystarczyło spojrzenie, cheć zdominowania jej, to Awatar siedząc zupełnie spokojnie, wyczuwając intencje, unosiła dostojnie głowę do góry, prostując szyję. Niepokorna od razu to zrozumiała i odchodziła łukiem. Uwielbiałam to w niej. Dosłownie dumna jak arystokratka. Była piękna, mądra, pierwsza i bez wątpienia niepowtarzalna.
Brakuje jej na moich kolanach. Ostatnio zajmowała je stale.

Część 2 - Wystawy

W życiu Awatar zdarzyły się też międzynarodowe wystawy kotów... Wiele lat później, gdy Awatar miała już około 11 lat, zaprzyjaźniona hodowczyni, która nas odwiedziła, na widok Awatar powiedziała: "Masz taką kotkę, dlaczego jej nie bierzesz na wystawy?"... No, właśnie dlaczego... Otoż jak już wspominałam, Awcia nie lubiła być na rękach. Wytrzymywała zaledwie kilka sekund - jak zawsze liczyliśmy, to było magiczne 7. Nie byłoby możliwe trzymanie kotki na rękach w pozycji do pokazu przed sędzią. Tak więc przez lata nawet o tym nie myślałam, tym bardziej że samego wchodzenia na moje kolana nauczyłam ją, jak już była z nami 4 lata! Nauczyłam, mówiąc krótko, lekkim szantażem. "Przyjdziesz, to ciebie pogłaszczę". Zmęczyło mnie wieczne schodzenie do parteru - czyli siadanie na podłodze, bo Awcia chce być wygłaskana, a schylanie się z kanapy i pozostanie tak dłuższą chwilę, aż kocia uzna, że ma dość, też dawało po krzyżu, więc wymyśliłam, że skoro tak uwielbia głaski, to można spóbować właśnie tym się posłużyć. Któregoś dnia powiedziałam sobie "zaczynamy". Przestałam ją głaskać. Oczywiście mąż mógł to robić, kiedy chciała, ale ja nie. Siadałam na kanapie i udawałam, że zupełnie na nią nie zwracam uwagi. Kotka podchodziła do kanapy i czekała, ustawiała się tyłem, by ją pogłaskać, ale po jakimś czasie rezygnowała i odchodziła. Już nie pamiętam, ile to trwało, ale przyszedł taki moment, że zniecierpliwiona, zostając na podłodze, oparła przednie łapki na brzegu kanapy. Wychwyciłam to i pogłaskałam ją po głowie, tuliła głowę do dłoni, ocierała się... Poczuła to, co lubi. To był pierwszy krok. Po kilku takich sytuacjach uznałam, że czas na II krok "teraz wskoczysz na kanapę". Ponownie przestałam głaskać i siadłam na kanapie dużo dalej - tak, że nie mogłabym sięgnąć ręką do głowy, gdyby powtarzała "stójkę" z łapkami opartymi o kanapę. Nie pamiętam, ile razy się rozczarowała, ale w końcu zniecierpliwiona wskoczyła z impetem na kanapę i zatrzymała się przede mną. Oczywiście natychmiast otrzymała nagrodę. Była mądra i szybko się uczyła. Od tego czasu przychodziła do mnie i wygłaskana, kładła się na kanapie przytulona do mojego uda. Pamiętam, że ten czas trwał dość długo, bo chciałam, by kotka poczuła się pewniej. To jeszcze nie były "kolanka", więc wszystko przed nami. Wiedziałam, że jest to taki szantaż emocjonalny, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy, bo wzięta na kolana i na ręce, natychmiast uciekała. Wiedziałam, że ona musi sama wejść. Znów przestałam głaskać, nie patrzyłam na nią i sytuacja się powtórzyła. Awatar chcąc zwrócić na siebie uwagę w końcu weszła przednimi łapkami na moje kolano, chyba żeby mieć głowę wyżej, bym ją zobaczyła... Teraz już byliśmy blisko celu. Nie pogłaskałam jej i... weszła na kolana. Miałam ochotę ją wyściskać, wynagrodzić jej tę walkę uczuciową, ale wiedziałam, że nie mogę tego zrobić, bo ona jakoś panicznie bała się bycia w takim uścisku - uciekłaby natychmiast. Więc głaskałam, głaskałam, aż się ułożyła na kolanach. Przez jakiś czas nie głaskałam jej jeszcze ot tak, gdzieś przypadkiem, zawsze tylko na kolanach, aż się zupełnie wyluzowała i kolanka uznała za przyjemne miejsce wypoczynku. Wystarczyło, że tylko na niej rękę położyłam. Potem niejeden raz wskakiwała na kolana niemal z zaskoczenia. Parę razy zdarzyło się, że akurat podnosiłam szklankę z herbatą do ust i tak mi podbiła ją głową, że dostałam nią w zęby.
A wracając teraz do tematu wystaw... Po tej rozmowie z koleżanką, zaczęłam o tym myśleć, no bo czemu jednak nie sprobować. Awatar miała naprawdę z tym problem, nie wiemy, co wydarzyło się jej w przeszłości, ale nie lubiła bycia na rękach, wyrywała się tak, że nie można jej było utrzymać. Jakby wpadała w panikę. Lubię wyzwania, ale tu miałam wątpliwości czy się uda. Wyznaczyłam sobie miesiąc na deptanie z Awcią na rękach w pozycji do prezentacji (bez opierania kota o mnie). Najpierw tylko minuta z pokoju przez przedpokój do pokoju i z powrotem i tak raz dziennie każdego dnia przez tydzień do 3 minut. Stale w ruchu bez zatrzymywania się. Była zdezoriętowana i właściwie chyba wiedziała, że jak się zatrzymam to ją zaraz puszczę. Potem przeszliśmy przez etap zatrzymywania się przed lustrem, ale tylko na krótko. Była wtedy podnoszona do góry, opuszczana - stale w pozycji do pokazu. Trochę mięśnie sobie wyrobiłam, bo to 4-kilogramowy ciężarek. Normalnie gdy uczę brytyjczyki, to jest pełny luz, u Awci stale wyczuwało się napięcie. Po dwóch tygodniach mogłam zatrzymać się z nią przed telewizorem i chwilę tak postać. Można powiedzieć, że mi ufała, nie była już jak "drewno", jednak... to tylko mi ufała, a co będzie jak "obcy" (steward) weźmie ją do prezentacji? Wiedziałam, że na stole sędziowskim będzie damą, ale co będzie dalej... jeśli sędzia ją podniesie?
Trening w pewnym sensie był owocny, bo Awcia na moich rękach wytrzymywała i nawet była spokojna. Zdała egzamin, ale nie mogłabym powiedzieć, że to polubiła. Na swojej pierwszej wystawie miała już 11 lat, sędziowie, którzy ją oceniali, byli nią zachwyceni.
Dzisiaj zostały już tylko wspomnienia i zdjęcia. I jej ulubione miejsce, na które patrzę ze smutkiem.

Jej ulubiony misiu, w kórego wtulała pyszczek, gdy układała się do spania, ma swoje miejsce, choć już nie na kanapie a na drapaku, i ilekroć na niego popatrzę, zawsze widzę moją Awatar. Jest jakby obecna.